Fundusze Europejskie
Opcje dostępności Włącz powiększenie czcionki Włącz wysoki kontrast Włącz lektora
Wyszukiwarka Mapa strony
  1. Hej, kolęda, kolęda...

Hej, kolęda, kolęda...

Hej, kolęda, kolęda...

Kiedyś to była kolęda... - wspominają z nostalgią w głosie starsi. Herody, pastuchy z Turoniem i z Kozą, kolędnicy z Gwiazdą. Żaden dom nie był pomijany, a szczególnie grupy kolędników, składające się w przeważającej części z kawalerów, zatrzymywały się z życzeniami i figlami u gospodarzy, którzy mieli córki na wydaniu. Dziś tradycja ta w miastach zdaje się być w głębokiej agonii, ale na wioskach wciąż można jeszcze spotkać osoby wierne tym barwnym zwyczajom.

"Na szczęście, na zdrowie, na ten Nowy Roczek, żeby się wam darzyło, mnożyło, w każdym kątku po dzieciątku, w komorze, w oborze , daj Boże, na przypiecku, w komorecku, po stuweczce..."

W Gruszowie Wielkim od lat funkcjonuje grupa kolędnicza z prawdziwego zdarzenia. Co najmniej kilkunastu mężczyzn od wyrostków po panów w sile wieku. Nazywają siebie "Gruszowianie". Nad Jasełkami, które prezentują 2-3 razy w sezonie, ludowymi przyśpiewkami i życzeniami pracują kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem. "Dzisiaj każdy ma pracę lub szkołę, wiec mniej jest czasu na próby i naukę nowego teksty. Teraz mamy dużo "surowych" ludzi, więc tegoroczne próby trwały trochę dłużej niż zwykle" - tłumaczy pan Józef Chmura, czuwający nad sprawnym przebiegiem przygotowań. Ale to dobry znak, bo wśród nowych członków grupy sama młodzież. Młodzi mężczyźni śmieją się, że są przymuszani, ale tak naprawdę to lubią. Sławek chodzi z kolędą od 4 lat. Twierdzi, że w domu by się nudził, a tak przynajmniej jest zajęcie. Dziewczyny nie wyśmiewają ich czasem groteskowych przebrań, wręcz przeciwnie, chłopcy cieszą się przez to większym powodzeniem.
"Gruszowianie" właściwie od lat wykorzystują te same teksty. Czerpią je z kantyczki tak starej, że niektóre strony są już całkiem poprzecierane. Traktują ją jak cenny skarb przekazywany z pokolenia na pokolenie.
W okresie bożobnarodzeniowym grupa ma do odwiedzenia w Gruszowie ok. 250 domów, a bywa, że odwiedzają i sąsiednie miejscowości. Gospodarze cieszą się ich widokiem - w końcu przynoszą dobre życzenia. Rzadziej niż kiedyś zapraszają do domów, ale i to się jeszcze zdarza. Poczęstują herbata, ciastem, czasem czymś mocniejszym na rozgrzanie. I wrzucą parę groszy. Kolędnicy w rewanżu zaśpiewają, zatańczą z pannami i pięknie podziękują.

Kolorowe Draby to tradycja w Zagórzanach koło Gorlic i tamtejszych okolic. Nikt nie pamięta nawet kiedy zaczęły się barwne korowody. "Ubiór draba składa się ze specjalnie uszytych kolorowych spodni i bluzy, czapy pociągłej do góry i ogromnej ilości wstążek i bibuły. Do tego maska całkiem odmienna dla każdego Draba i laska specjalnie robiona, przy której są dzwonki różnej wielkości" - szczegółowo tłumaczy pan Gerard Bugno, skarbica wiedzy o miejscowych tradycjach.
Według miejscowego zwyczaju w każdej partii (a tych jest 3-4 w Zagórzanach) jest dwóch Drabów. Oprócz nich w grupie musi być co najmniej dwóch Żydów, każdy z nich w innej masce z innym cylindrem i laską. Najlepiej jeszcze z akordeonem i trąbką. To Żydki "wojują" przeważnie z pannami. Oni także składają życzenia. Inaczej znajomym, inaczej przygodnie spotkanym przechodniom. W grupie także jest panna. Ta już musi wyglądać "rasowo": peruka, ciemne okulary, makijaż itd. To jedyna postać, która w grupie porusza się bez maski. Na końcu grupy wędruje dziad. Dziad obowiązkowo musi mieć worek albo torbę na jednym rzemieniu, kożuch, długi nos z nawtykanymi szpilkami, żeby nikt go za ten organ nie próbował ciągnąć.

Tradycja żyje

Dawniej w wiosce było 15-20 takich grup. Osobne grupy wśród dorosłych, osobne wśród młodzieży. Jeszcze kilkanaście lat temu, gdy proboszczem w Zagórzanach był ks. Tokarz w Nowy Rok o 5.00 rano odprawiana była specjalna Msza św. dla Drabów. Wszyscy przychodzili z dzwoniącymi laskami, szumu było co niemiara. Bezpośrednio po Mszy św. partie wyruszały do składania życzeń od domu do domu. Jak było więcej grup, to Zagórzany podzielone były na rejony, gdy zeszły się grupy w jednym rejonie dochodziło do zatargów, Draby przeganiały się wzajemnie. Konkurencja między partiami polegała przede wszystkim na atrakcyjności stroju. "Kiedyś zbierali zboże, potem inne datki, teraz wyszło to z mody. Przyjdą, złożą życzenia, czasem wypiją szklankę herbaty czy innego trunku, ale datków już nie przyjmują. Teraz draby są honorowe" - podkreśla pan Gerard.

Początkiem grudnia zaczynają się przygotowania: przegląd strojów, uzupełnianie braków i zmiana roku na czapkach, powtarzanie tekstów kolęd i przyśpiewek. Jak Nowy Rok uda się deszczowy, to stroje trzeba robić od nowa, przynajmniej niektóre ich elementy. Najdroższe są stroje dla drabów: trzeba kupić materiał, zapłacić krawcowej itp. Przygotowanie strojów to też sporo czasu. Nad samą maską trzeba pracować około miesiąca. Kilka dobrych wieczorów trzeba poświęcić na przygotowanie bogatej czapki. Teraz i tak łatwiej. W sklepach nie trudno kupić karton, klej, kolorowe bibuły i folie. Kiedyś klej przygotowywano z mielonych kasztanów.

Za okupacji tradycja ta bardzo spodobała się Niemcom, więc można było bezpiecznie odwiedzać sąsiadów w Nowy Rok. Ale to, co przetrwało okupację, może nie przetrwać obecnego kryzysu - martwi się pan Gerard. Młodym się już nie chce... Chyba jednak nie jest tak źle z tą ochotą, skoro teraz z drabskimi życzeniami odwiedzają okoliczne domy synowie pana Gerarda, jego zięć i wnuk. Tradycje przejęły więc następne pokolenia.

Źródło: Tarnowski Gość Niedzielny

Kiedyś to była kolęda... - wspominają z nostalgią w głosie starsi. Herody, pastuchy z Turoniem i z Kozą, kolędnicy z Gwiazdą. Żaden dom nie był pomijany, a szczególnie grupy kolędników, składające się w przeważającej części z kawalerów, zatrzymywały się z życzeniami i figlami u gospodarzy, którzy mieli córki na wydaniu. Dziś tradycja ta w miastach zdaje się być w głębokiej agonii, ale na wioskach wciąż można jeszcze spotkać osoby wierne tym barwnym zwyczajom. "Na szczęście, na zdrowie, na ten Nowy Roczek, żeby się wam darzyło, mnożyło, w każdym kątku po dzieciątku, w komorze, w oborze , daj Boże, na przypiecku, w komorecku, po stuweczce..." W Gruszowie Wielkim od lat funkcjonuje grupa kolędnicza z prawdziwego zdarzenia. Co najmniej kilkunastu mężczyzn od wyrostków po panów w sile wieku. Nazywają siebie "Gruszowianie". Nad Jasełkami, które prezentują 2-3 razy w sezonie, ludowymi przyśpiewkami i życzeniami pracują kilka tygodni przed Bożym Narodzeniem. "Dzisiaj każdy ma pracę lub szkołę, wiec mniej jest czasu na próby i naukę nowego teksty. Teraz mamy dużo "surowych" ludzi, więc tegoroczne próby trwały trochę dłużej niż zwykle" - tłumaczy pan Józef Chmura, czuwający nad sprawnym przebiegiem przygotowań. Ale to dobry znak, bo wśród nowych członków grupy sama młodzież. Młodzi mężczyźni śmieją się, że są przymuszani, ale tak naprawdę to lubią. Sławek chodzi z kolędą od 4 lat. Twierdzi, że w domu by się nudził, a tak przynajmniej jest zajęcie. Dziewczyny nie wyśmiewają ich czasem groteskowych przebrań, wręcz przeciwnie, chłopcy cieszą się przez to większym powodzeniem."Gruszowianie" właściwie od lat wykorzystują te same teksty. Czerpią je z kantyczki tak starej, że niektóre strony są już całkiem poprzecierane. Traktują ją jak cenny skarb przekazywany z pokolenia na pokolenie.W okresie bożobnarodzeniowym grupa ma do odwiedzenia w Gruszowie ok. 250 domów, a bywa, że odwiedzają i sąsiednie miejscowości. Gospodarze cieszą się ich widokiem - w końcu przynoszą dobre życzenia. Rzadziej niż kiedyś zapraszają do domów, ale i to się jeszcze zdarza. Poczęstują herbata, ciastem, czasem czymś mocniejszym na rozgrzanie. I wrzucą parę groszy. Kolędnicy w rewanżu zaśpiewają, zatańczą z pannami i pięknie podziękują. Kolorowe Draby to tradycja w Zagórzanach koło Gorlic i tamtejszych okolic. Nikt nie pamięta nawet kiedy zaczęły się barwne korowody. "Ubiór draba składa się ze specjalnie uszytych kolorowych spodni i bluzy, czapy pociągłej do góry i ogromnej ilości wstążek i bibuły. Do tego maska całkiem odmienna dla każdego Draba i laska specjalnie robiona, przy której są dzwonki różnej wielkości" - szczegółowo tłumaczy pan Gerard Bugno, skarbica wiedzy o miejscowych tradycjach.Według miejscowego zwyczaju w każdej partii (a tych jest 3-4 w Zagórzanach) jest dwóch Drabów. Oprócz nich w grupie musi być co najmniej dwóch Żydów, każdy z nich w innej masce z innym cylindrem i laską. Najlepiej jeszcze z akordeonem i trąbką. To Żydki "wojują" przeważnie z pannami. Oni także składają życzenia. Inaczej znajomym, inaczej przygodnie spotkanym przechodniom. W grupie także jest panna. Ta już musi wyglądać "rasowo": peruka, ciemne okulary, makijaż itd. To jedyna postać, która w grupie porusza się bez maski. Na końcu grupy wędruje dziad. Dziad obowiązkowo musi mieć worek albo torbę na jednym rzemieniu, kożuch, długi nos z nawtykanymi szpilkami, żeby nikt go za ten organ nie próbował ciągnąć. Tradycja żyje Dawniej w wiosce było 15-20 takich grup. Osobne grupy wśród dorosłych, osobne wśród młodzieży. Jeszcze kilkanaście lat temu, gdy proboszczem w Zagórzanach był ks. Tokarz w Nowy Rok o 5.00 rano odprawiana była specjalna Msza św. dla Drabów. Wszyscy przychodzili z dzwoniącymi laskami, szumu było co niemiara. Bezpośrednio po Mszy św. partie wyruszały do składania życzeń od domu do domu. Jak było więcej grup, to Zagórzany podzielone były na rejony, gdy zeszły się grupy w jednym rejonie dochodziło do zatargów, Draby przeganiały się wzajemnie. Konkurencja między partiami polegała przede wszystkim na atrakcyjności stroju. "Kiedyś zbierali zboże, potem inne datki, teraz wyszło to z mody. Przyjdą, złożą życzenia, czasem wypiją szklankę herbaty czy innego trunku, ale datków już nie przyjmują. Teraz draby są honorowe" - podkreśla pan Gerard. Początkiem grudnia zaczynają się przygotowania: przegląd strojów, uzupełnianie braków i zmiana roku na czapkach, powtarzanie tekstów kolęd i przyśpiewek. Jak Nowy Rok uda się deszczowy, to stroje trzeba robić od nowa, przynajmniej niektóre ich elementy. Najdroższe są stroje dla drabów: trzeba kupić materiał, zapłacić krawcowej itp. Przygotowanie strojów to też sporo czasu. Nad samą maską trzeba pracować około miesiąca. Kilka dobrych wieczorów trzeba poświęcić na przygotowanie bogatej czapki. Teraz i tak łatwiej. W sklepach nie trudno kupić karton, klej, kolorowe bibuły i folie. Kiedyś klej przygotowywano z mielonych kasztanów. Za okupacji tradycja ta bardzo spodobała się Niemcom, więc można było bezpiecznie odwiedzać sąsiadów w Nowy Rok. Ale to, co przetrwało okupację, może nie przetrwać obecnego kryzysu - martwi się pan Gerard. Młodym się już nie chce... Chyba jednak nie jest tak źle z tą ochotą, skoro teraz z drabskimi życzeniami odwiedzają okoliczne domy synowie pana Gerarda, jego zięć i wnuk. Tradycje przejęły więc następne pokolenia. Źródło: Tarnowski Gość Niedzielny